środa, 6 lipca 2016

Część piąta czyli o tym,żeby nie wyciągać ostatniej flaszki do obiadu.

Cały wieczór blondyn pomagał serwismenowi z nartami,a jego partnerka przekonywała Wernera co do startu Andreasa w jutrzejszym konkursie indywidualnym.
-Bardzo ładnie opowiadasz,ale raczej się to na nic nie zda. -powiedział trener śmiejąc się pod nosem. -Niech ma nauczkę.
-Ale za co? Przecież to wszystko przeze mnie. -powiedziała blondynka upijając uprzednio łyk gorącej herbaty.
-Jak chce to niech się bije,ale niech najpierw zmieni dyscyplinę. Bo tak mi się wydaje,że w skokach narciarskich nie ma wzmianek o bijatykach. -ciągnął Austriak. 
-Chyba się nie dogadamy. -powiedziała zrezygnowana.
-Czego ode mnie oczekujesz? Czy on nie mógł się pohamować? Lub przynajmniej załatwić tą sprawę poza skocznią? 
-A gdyby to trener był na jego miejscu? - podeszła go od innej strony. Wiedziała,że Andreas źle postąpił przechodząc od razu do rękoczynów,ale z drugiej strony,jednak robił to dla niej.
Werner głośno westchnął :
-Masz mnie. -trącił jej daszek od czapki,która w tej samej chwili spadła z głowy i trafiła na kubek z herbatą. - Powiedzmy,że teraz jesteśmy kwita.
Blanka zaskoczona spojrzała raz na Schustera a raz na białego fullcap'a,który w tej chwili nadawał się do wyrzucenia. Po chwili wyrwała się z zamyślenia i zapytała :
-To znaczy,że Andreas...
-Tak! -przerwał jej Werner. -A teraz zmieńmy temat,nie ciesz się tak. Nie chce żeby ktoś wiedział,że jestem miły i sympatyczny. -powiedział z udawaną powagą,a blondynka wybuchła niepohamowanym śmiechem.

Usiadła na najbliższej ławce przed hotelem. Postanowiła tam poczekać na Andreasa i Karla. Wyciągnęła telefon i zaczęła przeglądać portale społecznościowe. Nawet nie wiedziała ile czasu jej na tym zeszło. Usłyszała odgłos nadjeżdżającego samochodu. Gdy już miała zamiar wstać zobaczyła coś co ją zaniepokoiło. Jej oczom ukazała się wychodząca zza krzaków sylwetka mężczyzny. Osobnik ten kierował się w stronę auta. W tym człowieku rozpoznała Nicolasa. Postanowiła obserwować rozwój sytuacji z ukrycia. 
-Dlaczego znowu wchodzisz mi w drogę? -zapytał widocznie niezadowolony blondyn.
-Chcę porozmawiać na spokojnie. -odparł szatyn.
-Ty i spokój? Chyba sobie kpisz.
-Zachowujesz się jak dziecko. Daj sobie coś powiedzieć.
W momencie kiedy serwismen podał Andreasowi kluczyki do auta i poszedł w stronę wejścia do hotelu,Blanka wcisnęła swoje drobne ciało wgłąb krzaków żeby przypadkiem nikt nie zorientował się,że ona tam jest. 
-Więc słucham,co masz do powiedzenia? 
-Nie widzieliśmy się tyle lat. Fakt,kiedyś nasze kontakty nie były najlepsze,ale teraz dorośliśmy,zmieniliśmy się!
Blondynka przysłuchiwała się tej sytuacji z zaciekawieniem wymalowanym na twarzy. Była przygotowana aby w razie czego podbiec i rozdzielić kuzynów. 
-Co w związku z tym? -zapytał spokojnie jej małżonek. 
-Uważam,że powinniśmy się pogodzić. -po tych słowach nastąpiła chwila ciszy.
-Mam ci te wszystkie świństwa wybaczyć? 
-Przypominam,że nigdy nie pozostawałeś mi dłużny.
W tej chwili blondyn złapał się za głowę. Blanka miała wrażenie,że gdyby nie miał głowy znów cisnął by pięściami w kuzyna. Nastała cisza. 
-Nie,no to są jakieś żarty. -prychnął Wellinger.
-Andreas ty naprawdę jesteś taki zawistny czy udajesz? -zapytał szybko brunet. Monologi z jego strony były takie jakby przed spotkaniem z Andreasem je sobie napisał i nauczył się na pamięć.
-Nie jestem zawistny! -pisnął jak mała dziewczynka blondyn. -Po prostu trudno mi uwierzyć,że jeszcze kilka godzin temu obiłeś mi twarz,a teraz chcesz się godzić.
-Eej,to ty mnie pierwszy uderzyłeś. 
Tamtejszą bójkę niewątpliwie wszczął Andreas,już pierwszym ciosem sprawił,że brunetowi opuchła broda i kto wie czy przypadkiem nie została naruszona szczęka. Lecz po uderzeniach bruneta było można wywnioskować,że nie robi tego pierwszy raz. Wystarczyła chwila by Wellinger miał sine oko,a z nosa zaczęła lać się krew. 
-Dobra! Faktycznie może to już nie ważne. -plątał się blondyn. Nie lubił sytuacji gdy chciał mieć rację,ale od prawdy nie dało się uciec. Wtedy włączał mu się tryb jąkania.
-To jak? Zgoda? -wyciągnął rękę na zgodę ten drugi.
-Zgoda. 
Widok dwóch ściskających się kuzynów sprawił,że Blance spadł kamień z serca. Poczuła niesamowitą ulgę.
-Ale kosmos,co nie? -blondynka nagle usłyszała za sobą głos. Mimo starań zachowania spokoju nie wytrzymała i zaczęła piszczeć. Szybko się odwróciła. Gdy zobaczyła twarz Marinusa niepokój odszedł w niepamięć,a nastąpiła złość.
-Marinus oszalałeś?! Ohne Scheiß*! -krzyczała.
Obaj pogodzeni bracia cioteczni spojrzeli zaskoczeni w stronę Blanki i Marinusa. 
-Wyszedłem sobie pooddychać świeżym powietrzem,ale zauważyłem,że ty się czemuś przypatrujesz to ja też sobie patrzyłem. -tłumaczył się speszony Marinus.
-Oj Marinus teraz ty podrywasz moją żonę? -zapytał śmiejąc się Andreas podchodząc bliżej.
-Ja?! W życiu! Ja sobie nawet nie mogę wyobrazić jak z nią wytrzymujesz! -odrzekł obrażonym tonem Marinus. Obrócił się na pięcie i wszedł do hotelu.
-A co do ciebie Blanka. Ładnie to tak podsłuchiwać? -zapytał tym razem brunet.
-Ja podsłuchiwać? Ja tylko usiadłam tu na ławeczce i czekałam na Andreasa żeby mu przekazać,że startuje jutro w zawodach bo dogadałam się z Schusterem. To nie moja wina,że akurat zaczęliście rozmawiać,a ja po prostu nie chciałam przeszkadzać...-tłumaczenia Blanki przerwał blondyn.
-I schowałaś się w krzaki? 
-Dokładnie. -przytaknęła. -Z resztą ja teraz nie mam czasu. Pogadajcie sobie jeszcze jak chcecie. -dodała szybko,podobnie jak wcześniej Kraus odwróciła się na pięcie i poszła w stronę swojego pokoju. Za chwilę usłyszała jeszcze za sobą śmiech,a potem zniknęła we wnętrzu windy.

23 grudnia,Ruhpolding.
Chodzenie z siostrą Andreasa - Julią - po galeriach handlowych nie należało do ulubionych zajęć Blanki. Julia była wiecznie niezdecydowana,potrafiła godzinami stać przy jednej bluzce i zastanawiać się czy napewno ją kupić. Dziś jednak przyjechały tu w innych intencjach niż kupowanie ubrań dla siebie,kupowały bowiem prezenty na święta w tajemnicy przed wszystkimi. 
-Jak tam ten twój...Jak mu było? -Blanka zapytała grzebiąc w skarpetkach ze świątecznymi motywami.
-David? -podsunęła jej Julia.
-Dokładnie! Zapraszasz go do rodziców na święta?
-Nie wiem. Przecież jesteśmy ze sobą od niedawna. 
-Wydaje się być porządny. 
-Blanka widziałaś go tylko na zdjęciach. -upomniała młodszą Julia.
-No widzisz? Nawet na zdjęciu wydaje się być porządny.
Po kupieniu wszystkich prezentów udały się do supermarketu po żywność. W finale wróciły do domu obładowane torbami z zakupami. Prezenty postanowiły ukryć w aucie,ponieważ gdyby pojawiły się z nimi w domu ktoś mógłby zwrócić na nie uwagę. 

24 grudnia,Ruhpolding.
Obudził ją dobrze znany jej dźwięk dzwonka telefonu. Podniosła głowę i złapała z szafki nocnej srebrny płaski telefon. Na wyświetlaczu zobaczyła twarz Rozalii. Nie widziały się odkąd Rozi wyprowadziła się do Macieja do Polski. 
-Blanka Angerer,w czym mogę pomóc? -zapytała zaspanych głosem odbierając.
-Zgadnij gdzie jestem! -powiedziała Polka entuzjastycznie. 
-Na Księżycu? -zapytała blondynka,która drugą ręką przyciskała poduszkę do twarzy leżącego obok Andreasa,który zaczął coś mamrotać pół przez sen.
-Nie,bo w Berlinie! 
-A co ty robisz w Berlinie? 
-Przyjechałam na święta!
-Do Berlina? 
-Nie,do Monachium.
-To dlaczego jesteś w Berlinie?
-Ech,jak ty ciężko rozumujesz. Nie miałam dziś żadnych wcześniejszych lotów do Monachium więc postanowiłam przylecieć byle gdzie żeby tylko dojechać do rodziców.
-Faktycznie,mogłaś wylądować w Madrycie. Też byś dojechała. 
-Kiedy jesteś zaspana to jesteś nieznośna. -prychnęła Rozalia. -Wproszę się do was na pierwszy dzień świąt.
-Jasne. Przyjedź jeszcze dziś wieczorem,pogadamy sobie.
-Nie mogę dziś wieczorem,mam Wigilię.
-Co to Wigila?
-To taki zwyczaj w Polsce. Jemy uroczystą kolację dzień przed Bożym Narodzeniem. 
-Ciekawy zwyczaj. -wymamrotała blondynka. -Dobranoc Rozalko,do jutra.

Dzień przygotowań był jednym z jej ulubionych dni w roku. Lubiła czasami pogotować,szczególnie potrawy świąteczne i upiec kilka ciast.
Z początku miała jej w tym pomóc starsza siostra Wellingera-Julia,ale jak na złość dostała gorączki,opatuliła się kołdrą i przestałaby cały dzień gdyby nie to,że w domu zabrakło czerwonego wina.
-Julio! Ubieraj się pójdziesz ze mną do sklepu. Wino się skończyło! -krzyknęła Blanka wchodząc do sypialni Julii.
-Jestem chora. A poza tym jak wiedziałaś,że ma zabraknąć to było nie wyciągać ostatniej flaszki do obiadu.
-Ja nie wiedziałam,że już nie było.-powiedziała Blanka głosem małej dziewczynki. 
-Idź do twojego męża,on z tobą pójdzie.
Blanka spuściła głowę i szurając różowymi kapciami po podłodze poszła do salonu. Już w progu zobaczyła jak Andreas krząta się po wszystkich szafkach w poszukiwaniu bliżej niezidentyfikowanego przedmiotu.
-Andreas co robisz? -zapytała.
-Szukam portfela.
-Jesteś kochany! -podbiegła i ucałowała blondyna w oba policzki. Była szczęśliwa,że wreszcie nie musiała się go o nic prosić tylko on sam wykazał chęć wyjścia z nią z domu.
-Ja? A co się stało? -jego pytanie lekko wybiło ją z rytmu.
-Cieszę się,że chcesz iść razem ze mną i,że wreszcie nie muszę cię ciągnąć za uszy siłą. -uśmiechnęła się szeroko.
-Chyba się nie rozumiemy. -odparł i wznowił poszukiwania. -Szukam portfela bo zaraz wsiadam w busa i jadę do Marinusa. Pisał do mnie przed chwilą,że auto mu się popsuło, a jutro chce jechać do rodziców. Postaram się mu pomóc i może wspólnymi siłami go naprawimy. 
-Czemu jedziesz busem? -zapytała zrezygnowana.
-Sama nie piłaś wina przy obiedzie. -odpowiedział i uśmiechnął się triumfalnie ponieważ znalazł ukryty pod stertą ubrań portfel.
-To może chociaż pójdziesz ze mną w kierunku najbliższego marketu? 
-Blanka. -jęknął. -Przystanek mam na przeciwko domu. Gdzie ja będę daleko chodził?
-Dobra,pójdę sama.
-Przebiegniesz się raz sama,nic ci się nie stanie.
Zaraz potem blondyn w pośpiechu założył buty,narzucił kurtkę,złapał w dłoń szalik i wybiegł z domu krzycząc : "Cześć".

Na szare dresy zarzuciła jakiś cienki płaszcz,na szyję czarny szalik,a na głowę pierwszą lepszą czapkę wygrzebaną z szafy. 
Nie lubiła "podróży" po Ruhpolding nocą. Za dnia miasteczko tętniło spokojem,ale nocą przerażało ją jak najgorszy horror. Było pełno drzew zza których nie przebijało się światło latarni. 
Ich dom był zupełnie na uboczu. Żeby dojść do zwykłego sklepu spożywczego było trzeba przejść przez polną drogę,potem przez mały,krzaczasty park,a na koniec wąską uliczką pomiędzy domkami jednorodzinnymi. 
Gdy tylko wyszła z domu zauważyła jak Andreas właśnie wsiada do busika. Skinęła głową gdy zobaczyła,że usiadł i jej macha. 
Ironia była wymalowana na jego twarzy od kiedy zaproponowała mu towarzyszenie jej w przechadzce,a on wiedział ze z nią nie pójdzie. Mieszkał tu od dziecka i znał tu każdy zakamarek. A ona? Mieszkała tu najwyżej od 3 lat. Bała się każdego zakamarka. Nocą wszystko było przerażajace,a najmniejszy szelest sprawiał,że wpadała w panikę. On się zawsze z niej nabijał.
Szła szybkim krokiem ściskając dłonie w pięści. Gdy przeszła polny odcinek drogi,którego się najbardziej bała nabrała powietrza w płuca i przeszła prze ulice wprost do parku. 
Szła już trochę pewniejsza siebie,nawet ten głośny szelest krzaków nie był już tak straszny. Lecz jak się pózniej okazało,powinna się bać...
-Da pani kilka euro...-powiedział brodaty facet w brudnych dresach z butelką wódki w ręce,wyłaniający się z zarośli.
-Nie mam. -odparła spokojnie i poszła dalej przed siebie. Nie okłamała mężczyzny,na prawdę miała w kieszeni odliczone pieniądze na jedną butelkę wina na jutrzejsze święta.
-Hojna jest pani tylko przed kamerami? -usłyszała za sobą jeszcze inny głos. Postanowiła się nie odwracać i iść dalej.
-Pani myśli,że pani nie rozpoznajemy? -kolejny nieznajomy głos pojawił się tuż koło niej i zagrodził jej przejście.
-Proszę mnie przepuścić. -powiedziała. W środku była przerażona jak nigdy dotąd. Kręciło się koło niej trzech pijanych mężczyzn. Jeden z nich złapał ją za nadgarstek. -Niech pan mnie puści bo inaczej zacznę krzyczeć.
-Tu i tak nikt pani nie usłyszy. -po tych słowach wymierzyła nogą kopa w krok facetowi stojącemu przed nią. Gdy ten zaczął zwijać się z bólu ona wykorzystała sytuację i zaczęła biec w stronę przejścia dla pieszych. 
Świeciło się czerwone światło. Przebiegłaby łamiąc przy tym przepis,ale z lewej strony nadjeżdżała ciężarówka. Słyszała ciężkie kroki mężczyzn za sobą. Modliła się w duchu o to żeby nie zdążyli dobiec. 
Z zamyślenia wyrwał ją fakt,że czuje na ramionach dwie dłonie,które z potężną siłą pchnęły ją w przód. Usłyszała głośny klakson ciężarówki,na głowie poczuła ciepło. Przyjemne ciepło ulatniające się z silnika samochodu. Ale w czasie gdy na ciele poczuła ciężar,który nie pozwalał jej oddychać na chwilę przestało być przyjemnie. Tylko na chwilę. Zaraz potem zobaczyła jasne światło,które aż prosiło się aby do niego podejść...

*(z j. niem. - "bez jaj").


Witam :) 
Co z tym powrotem?
Ukazał Wam sie wlasnie rozdział który napisałam jeszcze w kwietniu. Chciałam zachować go na pozniej gdy napiszę jeszcze kilka w przód. Niestety mi się nie udało,a weny jak nie było tak nie ma :( 
Nie wiem kiedy pojawię się tu ponownie :(
Zostawiam Was w tą oto piątą częścią :) Dajcie znać na dole czy Wam sie podoba ;)
Buźka :**
~Gabi




sobota, 21 maja 2016

Część czwarta,czyli o tym,że brak przepustki oznacza kłopoty.

"Ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha."


Tym razem obudziła się sama i przed czasem. Przeciągnęła się. Była od rana strasznie zadowolona. Zwykle wstawanie nie dawało jej tyle radości.
Obaj panowie jeszcze smacznie spali. O mało nie wybuchnęła śmiechem gdy zauważyła,że leżą w takich samych pozycjach. Podeszła od jednego łóżka do drugiego i w obu przypadkach okryła panów kołdrami. Zabrała swoje rzeczy i szybko wróciła do swojego pokoju.
Tam Rozalia także spała w najlepsze. Mimo wszystko blondynka podeszła i lekko szturchnęła brunetkę w ramię.
-Co się dzieje? -spytała przestraszona ta druga.
-Jak się czujesz? -zapytała ta pierwsza.
-Chyba nie najlepiej. -złapała się za głowę. - Ale też nie najgorzej...Co ja wczoraj zrobiłam? Coś głupiego? 
-Nie koniecznie. Ładnie się bawiłaś,ale przyszedł czas kiedy zabrałaś Andreasa ze sobą do toalet...-nie dokończyła ponieważ brunetka jej przerwała.
-Boże! Nie mów mi tylko,że go do tego chciałam zmusić! -już wiedziała co Rozalka miała na myśli.
-Nie ,co ty! Po prostu puściłaś pawia. -powiedziała na co ona mimo wszystko odetchnęła z ulgą. - Słuchaj co mam ci teraz do powiedzenia! Chyba go poznałam! 
-Kogo znowu? -spytała popijając tabletkę na ból głowy.
-Tego całego Nicolasa. Tańczyłam z nim wczoraj. 
-Co? -prawie się zakrztusiła. 
-Przedstawił mi się jako "Nick". Nie chciał za dużo o sobie mówić. Ja też za wiele o sobie nie powiedziałam...
-Zaraz...To on nie wie,że ty masz coś wspólnego z Andreasem? -Rozalia przyglądała jej się podejrzliwie.
Popatrzyła na nią spojrzeniem mordu i popukała się w czoło.
-Chyba bym była głupia gdybym się ujawniła. -odpowiedziała,wstała i zaczęła się ubierać.

-Nic się nie stało. Po prostu dojedziemy do was drugim autem z nartami. Dwie osoby się zmieszczą. -powiedziała i za żadne skarby nie chciała wypuścić Wernera do ich pokoju,który wyglądał jak pobojowisko,a nie jak wysokiej klasy pokój hotelowy.
-Blanka ty na pewno nic nie kręcisz? -zadał kolejne pytanie podobnego typu jak poprzednie.
-Ja? W życiu. Nie zdążysz za mną nawet zatęsknić trenerze. My z Rozalką nie chcemy się wpychać do busa zapchanego nieśmiesznych żartami. -powiedziała i wepchnęła szkoleniowca siłą do windy,której drzwi w szybkim tempie się zamknęły. 

-Gotowa? -zapytała uchylając drzwi od pokoju.
-Jak najbardziej. -powiedziała Rozalia trzymając w ręce swoją dużą torbę z potrzebnymi jej rzeczami medycznymi. 
-No to wio. -powiedziała i ruszyły do windy.
-A ty na pewno niczego nie zapomniałaś? -zapytała.
-Ja nigdy niczego nie zapominam. -powiedziała pewna siebie.
Serwismen niemieckiej kadry czekał na nie już w busiku.
-Witaj Karl. Miło,że zechciałeś na nas poczekać. -powiedziała Blanka.
-A cóż ja mogłem innego uczynić Blanko. - zaśmiał się.- Gdybym nie poczekał to byś mi nie dała żyć.
-Nie rób ze mnie sadystki. -popatrzyła na serwismena spod byka.
Cała podróż minęła na dochodzeniu się Rozalii i Karla. Tak naprawdę blondynka nie wiedziała o co im chodziło. Zaczęło się od Rozalkowych wyrzutów na temat "Karl dlaczego zabrałeś ich na chińszczyznę? Wanki miał potem problemy z żołądkiem." Ze względu iż Rozalia dorobiła się tytułu dietetyka,sporządzała większości kadry jakieś rozpiski co mogą a czego nie. Jeść oczywiście. Krzyczała coś o tym że chińszczyzna źle wpłynie na ich wyniki. Potem niebieskooka się wyłączyła,specjalnie zatkała uszy żeby chociaż własne myśli móc usłyszeć. 
Była uradowana gdy już byli na miejscu. Zaraz po tym jak wyszła z samochodu usłyszała dźwięk swojego telefonu. Na dużym wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie jej siostry, Laury. Ponieważ było jeszcze dużo czasu do rozpoczęcia serii próbnej kazała Rozalii aby nie czekała i poszła do szatni.
Na rozmowie z siostrą zleciało jej dobre 15 minut. Wracała szybkim krokiem do kadry przeciskając się pomiędzy kibicami. Na szczęście przy bramkach ochroniarskich prowadzących do "miasteczka skoczków" nie było nikogo prócz właśnie ochroniarzy. Z daleka zobaczyła rozgrzewającego się Richarda i latającą za nim motywującą Rozalkę. Chciała do nich podbiec i uratować biednego Freitaga,ale zaraz poczuła na ramionach silny nacisk,który ciągnie ją w tył.
Spojrzała za siebie,a po obu stronach ujrzała ochroniarzy. Postawili ją przez bramką i dopiero wtedy odezwał się jeden z nich :
-Przykro mi panienko,ale tu nie jest wstęp wolny. 
-Panowie bez nerwów. Przecież ja mam przepustkę. -odsunęła suwak kurtki pewna,że na szyi wisi żółta wstążka z kartą akredytacyjną. Niestety jej tam nie było. 
                                   Jak mogłam zapomnieć?
-Widzisz tu jakąś przepustkę Louis? Bo ja nie. -zwrócił się jeden ochroniarz do drugiego.
-Muszę tam wejść. Jestem asystentką trenera! -podniosła głos. 
-Ile ja się takich bajek w życiu nasłuchałem...-westchnął jeden.
-Kupi sobie pani bilecik,z trybun też dobrze widać skoczków. -zaśmiał się drugi. Mogłaby wyjąć telefon i zadzwonić do byle którego kadrowicza,ale kto teraz pilnuje telefonu? 
-A jak ma pani na nazwisko? Freund? A może Prevc? -zaczął się naśmiewać ten pierwszy. 
-No niech pani powie,może przepuścimy panią do sektora dla rodziny. -dopowiedział drugi.
-Blanka Wellinger, proszę panów. -powiedziała głośno chyba pierwszy raz używając drugiego nazwiska, na co oni wybuchnęli śmiechem.
-Ta pani jest ze mną. -powiedział męski głos gdzieś z boku. Podniosła wzrok i ujrzała Nicka. Tego samego co wczoraj w klubie. Ochroniarze spoważnieli. Jeden z nich bąknął pod nosem jakieś "Proszę przechodzić" .
-Dziękuje. -powiedziała gdy odeszli kilka metrów od ochroniarzy.
-Blanka Wellinger? Dobrze to wymyśliłaś. -zaśmiał się. 
-Tak wiem. -odparła. -Muszę już iść. Jestem spóźniona.
-Czekaj! -złapał ją za ramiona. -Gdzie ty się śpieszysz? 
-Do pracy Nick. -powiedziała i próbowała się wyrwać,ale na marne. 
-Zostaw ją! -usłyszała głos Andreasa. Przełknęłam głośno ślinę.
                                           W co ja się wrobiłam?
-Andreas? Ty ją naprawdę znasz? -zapytał brunet. Odwróciła głowę. Widok tak zdenerwowanego Wellingera nigdy dobrze nie wróżył. 
-To moja żona półgłówku. -warknął gdy tylko podszedł do zdezorientowanego Nicolasa -Pojawiasz się i tak po prostu zarywała do czyjejś żony?
-Nie wiedziałem,że to twoja żona! -krzyknął.
-Jaaasne! Oczywiście, już ci wierzę. -w Andreasie aż się gotowało.   
                                                Aż tak go nienawidził?
Wymiana zdań pomiędzy nimi była niczym z jakiegoś filmu. Żaden z nich się nie zająknął ani razu. Obserwowała te scenę drżąc. Nawet nie zauważyła momentu jak blondyn przywalił w policzek kuzynowi. Wtedy zaczęła się bójka. Ochroniarze tylko stali i się patrzyli.
-Może panowie coś zrobią?! -krzyknęła przestraszona.
Zaraz przybiegł zdziwiony Markus.
-Blanka co tu się dzieje? -zapytał. Podeszła do niego i wtuliła się w jego tors. Tego teraz potrzebowała. Bała się jak małe dziecko,które porządnie napsociło. 
-Ja nie wiem. To wszystko przeze mnie. Byłam chyba zbyt ciekawa. -odezwała się z twarzą w swetrze Eisenbichlera. 
Całym zdarzeniem zainteresował się także przechodzący Schuster.
-Blanka co tu się dzieje? -deja vu. 
-Trenerze ja wszystko opowiem później...-starała się odbiec od tematu. Spojrzała w stronę gdzie przed chwilą jeszcze biło się dwóch kuzynów. Teraz rozdzielili ich ochroniarze. Jeden siedział na ziemi tyłem do mnie,a szatyn został odciągnięty na drugą część placu. Rzuciła się w stronę Andreasa. Gdy ujrzała jego krwawiący nos zrobiło jej się niedobrze.
-Andreas nic ci nie jest? -pytanie retoryczne. Wyciągnęła z kieszeni chusteczki i jedną po drugiej starała się zatamować lejącą się krew.
-Blanka o co tu do cholery chodziło? Skąd ty go znasz? Czemu mi nic nie powiedziałaś? -olała jego pytania i powiedziała :
-Wstań idziemy do szatni,Rozalia cię opatrzy. 
Wstał i poszedł za nią. Eisenbichler stał dalej zdziwiony, a Werner nie był tak zdziwiony jak zdenerwowany i szybkim krokiem podążył za nimi...

-Andreas co ty zrobiłeś?! -krzyknęła Rozalia wpadając do szatni. 
-Andreas zawieszam cię. -odezwał się wreszcie Werner,początkowo nie dając Andreasowi dojść do głosu.
-Słucham? - zapytał zaskoczony. -Przecież nic się nikomu nie stało. -próbował się wyratować. 
-Postanowione! Żadnych słów sprzeciwu. Możesz wracać do hotelu. A ty Blanka...-urwał. -Za 15 minut masz być na górze. -dokończył Schuster i wyszedł.
-Po co to zrobiłeś? Po co go uderzyłeś? -pytała.
-Idiotko bo cię kocham! A on jest skończonym debilem! Dlaczego mi nie powiedziałaś,że go poznałaś?
-Ja nie wiedziałam. Powiedział,że nazywa się Nick,nic nie chciał mi o sobie powiedzieć. Skąd miałam wiedzieć,że to ten twój kuzyn? 
-To nie jest mój kuzyn! Raczej margines społeczny zupełnie ze mną nie spokrewniony. 
-To to wreszcie jest twój kuzyn czy nie? -wtrąciła Rozalia,która próbowała opatrzyć rany Andreasa.
-Rozalia! -krzyknęło małżeństwo. 
-Okej, ja się już nie odzywam.
Spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Blanka musiała już wychodzić. 
-Porozmawiamy później. -powiedziała i trzasnęła drzwiami.

Do trenerskiego gniazdka biegła ile sił w nogach. Przynajmniej mogła być pewna,że nie dostanie nagany za spóźnienie. 
Werner rozmawiał z trenerem Norwegów. Stanęła przy nich. Wydawało jej się,że wszyscy patrzą się na nią jak na idiotkę.
                                           Czyżby znowu włączała mi się opcja "pępek świata"?
Ukradkiem wyciągnęła z kieszeni telefon sprawdzając godzinę. 
                                                   Jeszcze pięć minut...
Spojrzała w stronę trenera,który już nie rozmawiał z Alexandrem lecz z poważną miną wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą. 
Przesunęła się o jeden krok do niego i powiedziała cicho :
-Przepraszam. Nie chciałam spowodować takiego zamieszania. Przecież ja nie wiedziałam. -mimowolnie łzy pojawiły się w jej oczach. Spoglądając raz po raz w górę starała się je zatrzymać. 
Werner spojrzał na nią i widząc jej zakłopotanie jego wzrok złagodniał.
-Wiesz co? Czasami wydaje mi się,że ta karda to moje dzieci,a ty pośród nich jesteś moją jedyną córką. Sprawiającą czasami najwięcej problemów. Niezależnie od tego co zrobisz i jak bardzo byłbym zły nie potrafię się na ciebie długo gniewać. -powiedział a ona wykrzywiła usta w serdeczny uśmiech. - Co nie znaczy,że ta sytuacja dalej mnie nie denerwuje.
Zaśmiała się mimo wszystko i wycelowała lekko pięścią w ramie towarzysza.

Cisza,która panowała w busie była nienaturalna. Każdy bał się odezwać. W radio leciała właśnie jakaś klasyczna muzyka. Jakże denerwująca w tym momencie. W połowie kwalifikacji Andreas oznajmił Rozalii,że wraca do hotelu,a Karl -serwismen- nawet chciał go podwieźć na co on tylko machnął ręką.
                                Mam nadzieję,że dotarł chociaż na miejsce.
Wybiegła z busa i od razu skierowała się do pokoju 222. Gdzieś po drodze zgubiła rękawiczkę i szalik,ale jak ktoś z kadry znajdzie to odda. Wchodząc do pomieszczenia usłyszała muzykę i szum wody dochodzący z łazienki.
                                      Utopił się przy piosence Adele?
Rzuciła kurtkę na łóżko,a buty zdjęła przy drzwiach i bez zastanowienia wparowała do łazienki. 
Widok Andreasa w wannie pełnej piany skojarzył jej się bardziej z małym chłopcem w kąpieli. Starając się pohamować śmiech powiedziała :
-Znowu ukradłeś Severinowi kule do kąpieli? 
-Ta przynajmniej ładnie pachnie. -odparł. 
-Andi ja...-nie dał jej dokończyć. Skierował swoje niebieskie oczy na nią. 
-Dobra zrozumiałem. Nie wiedziałaś, ale cholera jasna,miałaś coś do ukrycia? Myślałem,że nie mamy tajemnic. -powiedział.
-Nie mam nic na swoje wytłumaczenie,ale nie zrobiłam nic złego. Zamieniłam z nim kilka zdań na wczorajszej imprezie.
-Co nie zmienia faktu,że jestem zawieszony i nie pojawię się jutro na liście startowej.
-No a co powie organizatorom? 
-Niedyspozycja i problemy zdrowotne zawsze są najlepszą wymówką. -prychnął.
-Pogadaj z nim. Jeśli nie jutro to na pewno wystawi cię w drużynie. 
-Jest zły. Nie powoła mnie.
-Na pewno? Myślisz,że pokusi się o powołanie do najlepszej drużyny świata ledwo wylatującego z progu Marinusa lub Karla "klepobulę" żeby spartolili wyniki? -uniosła brew czekając na odpowiedź.
-A w sumie,to nie głupie. -zaśmiał się. - Ale bym miał wtedy ubaw.
-No,a jutro charytatywnie będziesz nosił narty.
-Moje ulubione zajęcie. -powiedział pod nosem i cały zniknął pod pianą...




***
Witam :) Jestem trochę później niż miałam być,ale zabrakło mi motywacji do pisania :( Dlatego też nie jestem przekonana do rozdziału na górze,ale jeśli dałam radę go napisać w takim stanie w jakim jestem to nie może być aż taki zły :D
A jak Wam się podoba?
Choć trochę? :D
Dziękuję bardzo za ponad 4000 tysiące wyświetleń!
Jesteście wielkie! <3
Do następnego!
Buźka :**
~Gabi

piątek, 6 maja 2016

Część trzecia,czyli o tym,żeby nie pić przed pracą.

17 września,Ruhpolding.
Zza uchylonych drzwi balkonowych wyraźnie słychać było śpiew ptaków. Z jednej strony wcale nie chciało jej się podnosić powiek,tak dobrze jej się spało,ale z drugiej dzisiaj kolejny roczek idzie na jej konto. Jednak powoli otworzyła oczy. Andreasa nie było. Tym razem już się o niego nie martwiła. Od tamtego wieczoru częściej przebywał w domu,ona też. Oczywiście nie zaniedbywali obowiązków związanych z treningami i pracą. Poza tym sami organizowali sobie wypady do kina. Blanka nawet nauczyła się oglądać z nim mecze i się z tego cieszyć. 
Wzrok skierowała na okno za którym śladu zbliżającej się jesieni dalej nie było. Wstała zarzucając na siebie jedynie cieniutkie kimono. Nalała sobie szklankę soku pomarańczowego i skierowała się na taras. Sądząc po pustkach jakie panowały w mieszkaniu Julia musiała znowu nie wrócić na noc,a Andreas znów wybył na siłownie. 
Gdy tylko otworzyła drzwi tarasowe zalało ją gorące powietrze. Słońce raziło ją w oczy i nie widziała nic włącznie z czubkiem swego nosa. Po przejściu kilku metrów trafiła do zacienionego miejsca i dopiero zobaczyła co jest grane. Zbiegła po schodkach,zeskakując na suchą trawę bosymi nogami. Na wszystkich drzewkach były serpentyny,a do pojedynczych gałązek przywiązane zostały balony. Naokoło niej nagle zebrało się mnóstwo ludzi krzyczących 
-Wszystkiego najlepszego! -zaczęła się śmiać. Byli tu wszyscy. Zaczynając od rodziny,po przyjaciół z kadr. 
Zabawa trwała w najlepsze do samego wieczora. Tamtejszy dzień wygrał tort z "Kucykami Pony". Oraz jedna świeczka w kształcie cyfry 2 gdyż podobno w sklepie nie było już jedynek. Gwoździem programu okazała się Rozalia,która przez nieuwagę poślizgnęła się i wpadła do basenu z brudną wodą. Andreas miał juz go dawno opróżnić. "Gościem niespodzianką" był Maciej,który co prawda nie przyjechał specjalnie dla blondynki,ale był. Nawet ze skromnym prezentem.
Jej najlepsza przyjaciółka zaszczyciła wszystkich starymi nagraniami nastoletniej Blanki z rożnych momentów w tym trudnym okresie jej życia. Nawet nie wiedziała,że Rozalia mogła ją kiedyś filmować. Zadziwił ją fakt,że o godzinie 18 towarzystwo zaczęło się rozkruszać. Przecież wszyscy tak dobrze się bawili.
-Dlaczego wszyscy sobie poszli? -zapytała Andreasa.
-Wszyscy wiedzą,że za godzinę musimy być na lotnisku. -odpowiedział.
-Jak to? 
-Lecimy do Anglii. Do samego Londynu. -uśmiechnął się szeroko. Wytrzeszczyła oczy i nie odezwała się ani słowem. Nie mogła uwierzyć w to co usłyszała.  -No idź się szybko pakować! 


20 listopada,Klingenthal.
Kolejny sezon się rozpoczyna. Sezon pracy i obowiązków. Jej praca to praktycznie cały rok,ale okres Pucharu Świata jest najbardziej pracowity. Trwa właśnie odprawa techniczna. Nienawidzi tego. Siedzieć i słuchać rok w rok tego samego. Odetchnęła z ulgą gdy padła informacja,że może wrócić do pokoju hotelowego,który w tym tygodniu dzieliła z Rozalią.
Zdążyła jedynie wygodnie rozłożyć się na pojedynczym łóżku,a zdenerwowany Andreas wparował do pomieszczenia. Usiadł na skraju drugiego łóżka.
-Coś się stało. -powiedziała i oparła się na łokciu. 
-Tu jest mój daleki kuzyn.-powiedział zniesmaczony.
-Jaki kuzyn? 
-Nicolas. Nasze babcie to siostry. Gdy miałem 16 lat on razem z rodzicami wyjechali do Ameryki. Nigdy nie miałem z nim najlepszych kontaktów. Przed chwilą dowiedziałem się,że amatorsko skacze,a teraz chwilowo jest serwismenem Amerykanów. Jeśli sobie skubaniec o mnie przypomni to...-przerwał. Po jego minie wywnioskowała,że zdenerwowanie sięgnęło zenitu i po prostu nie wiedział co powiedzieć.
-Spokojnie. Tyle lat się nie widzieliście. Może się zupełnie zmienił. -starała się go uspokoić,ale chyba na marne. Wstał,pocałował ją w czoło i wyszedł,na odchodne rzucił tylko :
-Wracam do siebie.
Nawet gdy już wyszedł to nadal siedziała nadal ze zdziwioną miną. Blondyn chyba naprawdę musiał tego gościa nie lubić. Wypuściła powietrze z buzi i ponownie rozłożyła się na łóżku. Wystarczyła chwila jak zamknęła powieki i odpłynęła do krainy Morfeusza...

-Ojojoj. -usłyszała nad sobą znajomy,męski głos. -Ktoś znowu zaspał,ktoś się znowu spóźni. Ktoś zapomniał wyjąc telefonu z MOJEJ kurtki i dlatego nie zadzwonił mu budzik. -głos ewidentnie się z niej wyśmiewał. Nie była pewna czy ktoś nad nią stoi czy może to jej podświadomość robi figle. 
Energicznie otworzyła oczy i rzeczywiście zobaczyła głupkowaty wyraz twarzy Andreasa. 
-Mam na ciebie napluć? -zapytała krzywiąc usta. 
-Może kiedy indziej. Teraz powinnaś wstać i szybciutko tuptać na dół. -ironicznie się uśmiechnął.
-Gdzie Rozalia? Czemu mnie nie budziła? -pytała powolnie podnosząc się z łóżka.
-Rozalia wstała jakąś godzinę przed czasem i pobiegła do Macieja. -po chwili udawanej powagi parsknął śmiechem.
-O co ci chodzi? 
-Nie wiem czy jesteś świadoma,że zasnęłaś w ubraniach i makijażu. -śmiał się dalej. - A zresztą idź przejrzyj się w lustrze.
Po zobaczeniu swojego odbicia doszła do wniosku,że nie wygląda korzystnie. Włosy w nieładzie i pogniecione ciuchy to jeszcze nic w porównaniu z tuszem,który całkowicie zabrudził jej policzki. Zawsze zrzuca winę na długie rzęsy,ale nie ucieknie od tego,że za długo przeczesuje je tą "smolistą paćką" - jak to zgrabnie ujmuje Andreas. 
Westchnęła,szybkim ruchem sięgnęła po chusteczki do demakijażu i już zaraz wyglądała jak człowiek. 
Zrzuciła z siebie pogniecione łachy i odziała się w kadrowe ubrania. 
-Możemy wychodzić. -powiedziała w stronę blondyna,który rozłożył się na tapczanie Rozalii. Nie czekając na jego reakcję rzuciła mu kartę od pokoju i wyszła.

Podczas oficjalnego treningu stała z Rozalią obok drzwi do szatni. Z ciekawości rozglądała się gdzie znajduje się punkt kadry USA. Chciała zobaczyć krewnego Andreasa,czy jest miedzy nimi jakieś podobieństwo. Niestety nigdzie nie mogła  dostrzec jakiejkolwiek osoby z barwami sąsiadów zza oceanu. 
-Blanka powinnam ci chyba coś powiedzieć. -Rozalia przerwała długotrwałą ciszę.
-No mów,aż się boję. -spojrzała na nią kątem oka.
-Od grudnia zrywam umowę z niemieckim związkiem...-powiedziała cicho. Blanka wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
Miała nadzieję,że ona za chwilę także zacznie się śmiać. Miała nadzieję,że to tylko żart. Rozalia stała i przyglądała jej się. Uspokoiła się i zapytała :
-To był żart prawda? Chyba nie chcesz mnie opuścić? -uniosła kąciki ust.
-Przykro mi. Wracam do Polski. Będę się starała o posadę w ichniejszym związku. Dziękuje ci za wszystko. Bez ciebie nic bym nie osiągnęła. -powiedziała gdy z jej oczu zleciało kilka pojedynczych łez.
-Przestań. Mówisz jakbyśmy miały się już nigdy nie zobaczyć. -głos jej się załamywał.
-Gdy tylko dostanę się do polskiej kadry będziemy się widziały praktycznie co tydzień. - Rozalia uśmiechnęła się mimo tego że jej oczy były zaszklone od łez.
-Czuję się jak matka,która wypuszcza swoje dziecko w świat. Jednak od prawie 5 lat jesteśmy nierozłączne...-zamyśliła się,ale po chwili dodała - Muszę iść do gniazdka...
Ruszyła w wyznaczonym sobie kierunku. Obcierała mokre kąciki oczu,chwila nieuwagi spowodowała to,że weszła na kogoś. Podniosła oczy i zobaczyła wysokiego bruneta. Włosy postawione nadmierną ilością żelu. Lekki zarost pokrywał jego brodę. Bąknęła ciche "przepraszam" i poszła przed siebie. Jednak po przejściu paru metrów ukradkiem się odwróciła. Na ramieniu mężczyzny zobaczyła amerykańską flagę,a na plecach napis "US Skijumping Team". To mógł być każdy,ale uświadomiła sobie,że to właśnie mógł być "ten" Nicolas. 
                            O czym ty myślisz Blanka?


-Idziemy do klubu? -zapytała Rozalia gdy wróciły do hotelu.
-Jakiego klubu? Ja jestem zmęczona,ja bym mogła iść spać.-powiedziała i jak zwykle rzuciła się przodem na łóżko. Uciskiem jaki poczuła na plecach była Rozalia,która postanowiła właśnie wskoczyć jej na plecy.
-Cały czas ostatnio śpisz. No chodź będzie fajnie. Widziałam,że wzięłaś tę śliczną,czarną sukienkę! Jak nie pójdziesz to ci ją zabiorę i sama pójdę.
-O nie! Od mojej sukienki wara. 
-To idziesz?
-Idę! Tylko może weźmiemy Andreasa ze sobą?
-Ty bez niego to już nigdzie się nie ruszysz?
-Nie. -odparła i zrobiła usta w "ciup".
-Ale...-zaczęła brunetka.
-Nie gadaj tyle bo ani ja ani moja sukienka nigdzie nie pójdzie. -dokończyła,wstała z łóżka i zabierając kilka rzeczy z walizki zamknęła się w łazience.

Stanęła przez drzwiami pokoju 202 i chwile zastanawiała się czy pukać czy nie. Ubrana była we wcześniej wspominaną czarną sukienkę do połowy ud. Sukienka była wąska w talii,czyli taka jakie lubi najbardziej. Chciała do tego dopasować czarne szpilki,ale obawy,że się w nich zabije wygrały z jej pragnieniem więc wybrała bezpieczniejsze ciemne baletki,a włosy związała w koński ogon.
-No wejdziesz tam? -zapytała zniecierpliwiona Rozalia. -Idę piętro wyżej,wracam za pięć minut. 
Pominęła swój dylemat i weszła bez pukania do pokoju Marinusa i Andreasa. 
Gdy przekroczyła próg zobaczyła postać blondyna,który z słuchawkami na uszach zapatrzony był w ekran laptopa.
-Rozalka ciągnie mnie do jakiegoś klubu,chodź ze mną proszę. -powiedziała przysiadając krzesło ,na którym i tak było już mnóstwo ubrań.
-Yhm. -odparł nawet nie ściągając słuchawek.
-Czy ty mnie słyszysz? 
-Yhm.
-Żebyś pózniej nie żałował. -powiedziała głośniejszym tonem. Wtedy zobaczyła,że blondas zrozumiał i spojrzał na nią zaciekawionymi wzrokiem gdy wstała i chciała wyjść.
-Ej,ej,ej! A gdzie ty idziesz tak ubrana? -krzyknął za nią. Zatrzymała się w pół kroku i odwróciła w stronę chłopaka.
-Gdybyś mnie słuchał to byś wiedział...młocie. -musiała mu jakoś dogryźć,ale nie mogła wymyślić dobrego określenia.
-Słyszałem coś o klubie...Idę z tobą! -energicznie się podniósł,wyrzucił z szafy wszystkie ubrania i wygrzebał błękitna koszulę z krótkim rękawem.
-Gdzie Marinus? -zapytała gdy zauważyła,że tego wrednego krasnala nie było tu od początku rozmowy.
-Kąpie się. Dosłownie to jest kąpiel przy winie i z płatkami róż. -zaśmiał się. -Pilnuj drzwi,bo będę się przebierał.
Oparła plecy o drewniane drzwi wejściowe i obserwowała kościsty tyłek Andreasa w jakiś starych już bokserkach,którego właściciel nieudolnie próbował założyć skarpetkę stojąc na jednej nodze. Nagle poczuła silne pchnięcie i od razu głos Rozalii :
-Gotowi? 
Niby taka mała, a siłę ma. Bezwładnie odbiła się o ścianę,aż zakręciło jej się w głowie. 
-Andreas się ubiera. Wstęp wzbroniony. -powiedziała łapiąc się za czoło.
-O matko nic ci nie jest? -krzyknęła brunetka dopiero rozumiejąc co zrobiła. 
-Wszystko w porządku. Chyba możemy już iść prawda Andi? -powiedziała i spojrzała na blondyna,który zapinał brzydki, materiałowy pasek. - Skąd ty masz to paskudne coś zwane paskiem? 
-Wank mi pożyczył bo te gatki mi spadają. -odpowiedział i obejrzał swoje lustrzane odbicie.
-Wank to też nie ma gustu. -wtrąciła Rozalia.
-Mówiłam ci żebyś wyrzucił te spodnie,albo przynajmniej oddał potrzebującym. -skrzyżowała ręce i zaczęła nerwowo tupać stopą.
-Ale ja nie wziąłem innych. No zapomniałem. -tłumaczył się.
-Dobrze,że ja za ciebie myślę. -powiedziała i ukucnęła przy Andreasowej walizce po czym wyjęła z bocznej kieszeni złożone spodnie. - Gdy wychodziliśmy z domu postanowiłam jeszcze raz się wrócić,żeby zobaczyć czy nic nie zapomniałam,a te spodnie leżały na blacie kuchennym. Pojęcia nie mam co robiłeś ze spodniami w kuchni. -wywróciła teatralnie oczami.

Rozalia wyprowadziła ich do centrum miasteczka,blondynka błądziła wzrokiem po kolorowych kamieniczkach w poszukiwaniu jakiegoś klubu lub chociaż restauracji. Wyszło na to,że mogła sobie jedynie popatrzeć. Nagle skręcili za Polką w jedną z bram. Wtedy usłyszała dopiero muzykę. Dochodziła ona z lokalu,który mieścił się w tak zwanej piwnicy. 
W lokalu było bardzo mało miejsca. W powietrzu było czuć alkohol i woń papierosów. Na pierwszy rzut oka niebieskooka nie zauważyła nikogo znajomego. W sumie nic dziwnego - ludzi było naprawdę sporo jak na taki rozmiar pomieszczenia. 
Rozalia od razu podeszła do barmana :
-Proszę tequile...razy trzy. 
-Nie powiedziałam,że będę coś pić. - blondynka objęła sprawczynię zamieszania.
-Od kiedy jesteś abstynentką? -zapytała ta druga.
-Nie abstynentką,po prostu postanowiłam pić tylko okazjonalnie. 
-Zawsze można znaleźć okazję. -cmoknęła Blankę w policzek i podała jej szklankę z trunkiem. 
Impreza z początku była drętwa. Po Rozalii było widać,że chciała dziś przedawkować. Tequile piła w takim tempie jak gdyby były to shoty wódki. Andreasa zaczepiła jakaś blondynka w mini. Blanka przyglądała się tej rozmowie kątem oka.
                                               Typowa zazdrość.
Natomiast jej towarzyszka dostała nagłego napływu energii. Wzięła za rękę jednocześnie Blankę i Andreasa,któremu przerwała fascynującą konwersację z blondyną.
                                                 Dziękuje Rozalia! 
Dała im tym znak,że będą tańczyć. W tym samym momencie DJ zmienił płytę i poleciał wolniejszy kawałek. Blanka wyciągnęła rękę w kierunku małżonka,jednak nie dane jej było dziś z nim tańczyć. W jego ramiona ułożyła się bowiem Rozalka. 
-Wybacz Blanu,to moje pięć minut. -powiedziała po czym jeszcze mocniej wtuliła się w tors blondyna na co on zdobił bezradną minę,a po chwili już kołysał się w rytm muzyki.
Blanka odwróciła się na pięcie z chęcią powrotu do baru. Niefortunnie wpadła na kogoś. 
-Przepraszam...-powiedziała podnosząc wzrok. Zobaczyła tego samego faceta,którego widziała pod skocznią. - To znowu pan.
-Nic się nie stało. -odparł i wyszczerzył swoje śnieżno białe zęby. - Przy okazji...Mogę prosić? -zapytał i wyciągnął dłoń.
-Oczywiście. -powiedziała bez namysłu. 
                             A niech się okaże,że to ten Nicolas,to mi Andreas nogi z "czterech liter" powyrywa.
-Dziwna sytuacja,znowu na panią wpadam. - powiedział po chwili.
-Raczej ja na pana znowu wpadłam. -mruknęła. - Niech mi pan mówi po imieniu. Jestem Blanka.
-Nick. -powiedział krótko,a ja poczerwieniała.
-Ładne imię...W dowodzie też tak masz? -rozpoczęła dochodzenie.
-Yy...Tak.
-Co tu robisz? Mieszkasz w Klingenthal? -zadała kolejne pytanie.
-Nie,nie jestem stąd. Przyjechałem tylko na skoki. 
             Ma takie ładne oczy. Brązowe. A usta...Usta takie pełne. Naszła mnie dziwna ochota aby się do niego zbliżyć i zobaczyć jak smakują. 
                          Blanka ,cholera jasna otrząśnij się! 
-A ty? Co tu robisz? -zapytał. - Taka atrakcyjna dziewczyna sama?
-Ja? Nic takiego. Przyjaciółka mnie tu dziś przyciągnęła.
Czy warto zdradzać swoją osobowość? Gdyby powiedziała kim jest mogłoby się to nieciekawie skończyć. Pozostanie zwykłą "jakąś tam" Blanką będzie lepsze.
-Przepraszam za pytanie : jesteś Niemką? -odezwał się po chwilowej ciszy.
-Tak,czemu pytasz?  
                      Proszę aby mnie nie rozgryzł,proszę aby mnie nie rozgryzł!
-Masz nietypowe imię. Skąd dokładnie jesteś?
-Z Monachium. -była coraz bardziej poirytowana sytuacją. Chciał o niej wiedzieć o dużo za dużo. 
-To tak jak ja! W Monachium chodziłem do gimnazjum. Jak masz na nazwisko? Może znamy się ze szkoły? 
-Nie wydaje mi się abyśmy się znali. Chodziłam do polskiego gimnazjum. -odparła kąśliwie.
-Och, jaka szkoda. A jakie liceum? 
-Publiczne z którego musiałam odejść po pierwszych pięciu miesiącach,potem szkoła prywatna...-w tej chwili mogła obawiać się już tylko gorszych pytań. Na szczęście właśnie skończyła się piosenka. - Przepraszam,ale muszę już iść.
-Mam nadzieję,że jeszcze się spotkamy. -powiedział gdy już wyrwała się z jego objęć.
                             Och,może lepiej nie.
Przepychając się przez tłum ludzi szukała Rozalii oraz Andreasa. Chciała jak najszybciej opuścić lokal. Zważając na to,że było już dosyć późno.
Straciła już całą nadzieję gdy podeszła do baru i usiadła na wysokim krzesełku. Obok niej siedziała ta sama blondynka w mini.
-Szukasz tej małej brunetki? -zapytała.
-Dokładnie. -powiedziała Blanka i przeniosła na nią wzrok.
-Tańczyła tu blisko z tym...jej blondwłosym chłopakiem,a kilka minut temu pociągnęła go za sobą do toalet. Wiesz co się tam może dziać. -puściła jej oczko.
Wersja dziewczyny była bardzo realistyczna. Gdyby Blanka nie znała Andreasa i Rozi to może by w to uwierzyła.
                 A tak poza tym to nie potrafię sobie nawet wyobrazić ich dwojga w tej sytuacji...
-A jednak za nimi pójdę. Dzięki. -powiedziała i poszła w stronę toalet. 
Wchodząc do pomieszczenia usłyszała charakterystyczny odgłos wymiotowania. Zapukała do jedynej zamkniętej kabiny.
-No zajęte tu jest! -usłyszała,głos Andreasa.
-Otwieraj,to ja! -powiedziała.
Gdy drzwi się tylko uchyliły zobaczyła Rozalię klęczącą przed sedesem i Andreasa trzymającego jej włosy.
-Rozalia się zmęczyła. -powiedział.
-Zauważyłam. Trzeba ją jak najszybciej doprowadzić do hotelu. -powiedziała przyglądając się bladej przyjaciółce.
-Może ja lepiej po kogoś zadzwonię? -zapytał.
-Kto i czym ci o tej porze tu przyjedzie? -zapytała poirytowana.
-Marinus może,weźmie kadrowego busa.
-Żeby wziąć busa to najpierw trzeba iść do serwismena,który ma kluczyki,a żeby było śmieszniej to dzieli pokój z Wernerem. Myślisz,że nie będzie ciekawy gdzie to Kraus wybiera się prawie o 01:00 w nocy? 
-Racja. No to trzeba będzie ją nieść. -powiedział i podniósł Rozi znad muszli.
-Co to dla ciebie? Weźmiesz ją na plecy i przejdziesz te dwa kilometry. - patrząc na zarzyganą Rozalkę samej zebrało jej się na wymioty. 

Po męczącej drodze do hotelu dotarli na trzecie piętro. Kilka razy w trakcie "wyprawy" musieli szukać gęstych krzaków bo Rozalia znowu pragnęła puścić pawia.
Zaraz gdy Andreas ostrożnie ułożył fizjoterapeutkę na łóżku powiedziała :
-Przebiegnij się na dół do restauracji i zapytaj o ciepłą wodę. Jej trzeba dostarczyć aspirynę a na szafce nocnej naszykować tabletki przeciwbólowe. Rano musi być zdolna do życia. Przecież jak ją Werner zobaczy w złym stanie to i tak,któreś z nas za to oberwie. Ja w pierwszej kolejności. -powiedziała szukając tabletek w torbie podróżnej.
-Teraz nikogo tam nie będzie. -odparł ewidentnie zmęczony. 
W jego głowie siedziała myśl jedynie o tym,żeby jak najszybciej wrócić do swojego pokoju i położyć się spać.
-Proszę cię. Jak spotkasz kogokolwiek to powiedz,że fizjoterapeutka się rozchorowała i pilnie potrzebujesz kubka z ciepłą wodą. Zrozumiałeś? -zapytała dla pewności czy nie usnął na stojąco. 
Była jedyną osobą w tym pomieszczeniu,która myślała trzeźwo.
                            Choć zupełnie trzeźwa nie byłam...
Na całe szczęście usłyszał i zrozumiał,a już za chwilę wyszedł w poszukiwaniu osoby z obsługi hotelowej.
-Nigdy więcej przed pracą. -wymruczała Rozalia. Była blada jak trup. Przyglądając się jej blondynka zastanawiała się czy dożyje rana.

Dziwny dźwięk,który ją obudził sprawił,że aż podskoczyła na swoim jednoosobowym łożku. Opcje są dwie : albo to niedźwiedź albo Rozalka zaczyna chrapać. Przetarła oczy i zobaczyła,że lampa nad łóżkiem dalej się świeci. Na szafce nocnej jej współlokatorki stała pusta szklana,a obok niej małe,puste opakowanie po aspirynie. To znaczy,że zanim Andreas wrócił blondynka zdążyła zasnąć. Cieszył ją fakt,że zajął się do końca pół żywą dziewczyną. Wyciągnęła dłoń by zgasić światło i zaraz położyła się znów z nadzieją ponownego uśnięcia. Jednak gdy tylko zamknęła oczy zrozumiała,że w tym hałasie jaki wydobywa z siebie Rozalia to nawet sobie spokojnie nie poleży. Wstała,zabrała kołdrę,małą poduszkę i po cichu wyszła na korytarz aby potem dojść na bosaka do końca korytarza,a w końcu stanąć pod drzwiami pokoju 202. Tym razem delikatnie zapukała i dopiero weszła. Chłopcy musieli spać na tyle czujnie,że jej stukanie w drewniane drzwi ich obudziło. Obaj podnieśli głowę i równocześnie zapytali :
-Coś się stało? 
-Mogę z Wami spać? Rozalia zaczęła strasznie głośno chrapać. -powiedziała stąpając w miejscu z nogi na nogę,gdyż ziębiła ją panelowa podłoga.
-Jasne wskakuj. -rzekł Marinus odchylając kawałek kołdry na swoim łóżku. Zaraz po tym geście oberwał od Andreasa z poduszki. 
Śmiejąc się pod nosem położyła się jednak na skraju łóżka u tego drugiego...



Nudyyyy! 
Nie jestem ani trochę zadowolona z tego na górze :( 
Miało być fajnie,a wyszła taka -ładnie mówiąc- beznadzieja.
Może Wy macie inne zdanie? Jak Wam się to podoba?
Na razie sielanka...Chyba w następnej części już jej nie będzie co? Jak uważacie? :D
Do następnego (oby lepszego) razu :*
Buźka :**
~Gabi

wtorek, 26 kwietnia 2016

Część druga,czyli o tym,że rutyna zabija.


"Dziwna jestem jak na kogoś, 
kto mówi, że wszystko jest ok.
Samotna jak księżyc wśród gwiazd
pragnę czasem wiecznie spać. 
Co dnia tłumię w sobie cały strach.
Bo wciąż...Brakuje mi Ciebie."


 10 września,Ruhpolding.
Letnia Grand Prix dobiegła końca. Tegoroczne miesiące wakacyjne cechowały się niesamowicie wysokimi temperaturami. Wrzesień także postanowił nie odpuszczać. 
 Przed wszystkimi urodziny Blanki,których prawdopodobnie w tym roku nie zakłóci kolejne zgrupowanie. 
Rok temu byli na dłuższym zgrupowaniu nad Polskim morzem. Z jednej strony Polska bardzo ładny kraj,latem wręcz idealny na wycieczki. Ale pogoda zupełnie nie dopisała. Trafili na jakąś deszczową porę. O treningach na plaży mogli pomarzyć. Cały wolny czas spędzała w hotelowej restauracji,bądź na basenie. Lecz na basen nie przychodziła z pustymi rękami. Wszędzie z nią były czekoladki i słodkie napoje. 

Podczas gdy Andreas z Marinusem byli na siłowni nie mogła sobie znaleść w domu miejsca. Chodziła z kąta w kąt próbując znaleść ciekawe zajęcie. Gdy już jakaś robota wpadła jej w ręce to strasznie szybko się kończyła. Wtem usłyszała dźwięk swojego telefonu. Pobiegła do salonu w celu jego poszukiwania. Urządzenie znalazła dopiero po przeszukaniu zakamarków kanapy. Miała nadzieję,że to Andreas,który być może wymyślił coś na dzisiejszy wieczór. Dawno nie spędzali ze
sobą czasu sam na sam. Albo byli na zawodach,albo on był na siłowni,albo on był u kolegi,czasami
 rozjeżdżali się do swoich rodzin aby spędzić z nimi weekend. Gdy tylko wracali do domu padali ze zmęczenia. Bywało nawet tak,że potrafili przespać cały wolny dzień. Zabrakło w ich życiu spontaniczności. A co najważniejsze - zabrakło uczucia.
Niestety,patrząc na wyświetlacz telefonu zobaczyła zdjęcie uśmiechniętej Rozalii. Wierzyła,że ma dla niej jakieś dobre wieści.
-Hej Rozalko. -odebrała.
-Cześć Blanka. Co ty ostatnio jesteś taka smutna? -zapytała.
-Smutna? Wydaje ci się. -wysiliła się na pogodny ton głosu.
-Przecież słyszę! - blondynka skrzywiła się niezrozumiale.
-Słucham? -tym słowem ponagliła przyjaciółkę aby przeszła do konkretów.
-Chodzi o to,że chciałam cię zaprosić na kawę i może jakieś małe zakupy. Porozmawiamy sobie. Co ty na to?
-O! Oczywiście,że idę! Myślałam,że umrę z nudów. Za jakąś godzinkę po ciebie będę! -powiedziała wyraźnie uradowana.
-Czekam. Do zobaczenia!
Czym prędzej zrzuciła z siebie szarą koszulkę w różyczki i przetarte szorty i wygrzebała z szafy cudną zwiewną sukienkę. Wsiadła do auta,ze schowka wyciągnęłam okulary przeciwsłoneczne,które zaraz przyodziała. Kładąc torebkę na siedzeniu obok usłyszała huk. Spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła,że jej telefon leży na dywaniku samochodowym. Dało jej to do myślenia aby może zadzwonić do Andreasa i poinformować go o tym,że wyjeżdża,żeby się nie martwił. Przecież właśnie powinien kończyć trening i wracać do domu. Wybrała numer. Po kilku sygnałach usłyszała trzy piknięcia,co oznaczało,że odrzucił połączenie. Po chwili przyszedł sms.

Od Andreas :
Nie mogę teraz rozmawiać,jestem zajęty.

Faktycznie. Czego innego mogła się spodziewać? 
Wrzuciła telefon do torby i ruszyła w stronę Monachium.

Blanka określiła się,że będzie po nią za godzinę. Już ma 15 minut spóźnienia. Ona się praktycznie nigdy nie spóźnia. Znana jest z punktualności. Postanowiła zabrać torbę i pomału iść w stronę z której lada chwila powinna nadjechać jej przyjaciółka. Spacer jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził. 
Po przejściu parunastu metrów usłyszała silnik auta. Odwróciła się i zobaczyła zamyśloną Blankę siedzącą za kierownicą. Szybkim krokiem podeszła do pojazdu i wsiadła.
-To gdzie jedziemy? - Blanka rzuciła pytanie.
-No myślę,że na początek to do naszej ulubionej kawiarni. -Rozi uśmiechnęła się pogodnie. 
-Jasne. -ułożyła usta w krzywym uśmiechu,wrzuciła bieg i ruszyły.
-Mów od razu co się dzieje. -spojrzała na przyjaciółkę.
-Wszystko jest w najlepszym porządku. Jestem szczęśliwa jak nigdy.
-Kogo chcesz oszukać? Siebie czy mnie? 
Blondynka westchnęła i zaraz odpowiedziała :
-No chyba siebie.
-Nie wierzę,że twoje samopoczucie ma jakiś związek z Andreasem. Przecież wasz związek jest jak z bajki. -powiedziała i chyba właśnie trafiła w sedno kłopotu.
-Tu właśnie wszyscy się mylicie. To,że przy większej liczbie naszych znajomych zachowujemy się jak szczęśliwe małżeństwo jest tylko kwestią dobrego wychowania i niechęci zepsucia panującej atmosfery. My praktycznie nie mamy dla siebie czasu i to nas...od siebie coraz bardziej oddala. Wcale już nie czuję się jak jego żona. Czuję się jak przyjaciółka,która zrobi Andisiowi zimny okład gdy boli go główka lub pójdzie z nim na imprezę żeby nie wyglądał na samotnego. Rozumiesz?
Widziała jak pojedyncze łzy spływają po policzkach Blanki,która natychmiast złapała za jakąś chusteczkę i je obtarła aby nie rozmazany lekkiego makijażu. 
-Nie rozmawiałaś z nim o tym? -zapytała,a towarzyszka prychnęła.
-Jak miałam mu to objaśnić? "Wiesz Andreas,oddalamy się od siebie." Przecież to by zabrzmiało jak w jakimś słabym filmie. 
-Masz zamiar to tak zostawić i żyć jak gdyby nigdy nic,a w środku pękać ze smutku? 
-Napewno nie będę się narzucać. -powiedziała niebieskooka i wyszła z samochodu gdyż właśnie zapakowały przed ogródkiem ślicznej kawiarenki. Rozalia wypadła z auta jak poparzona i pobiegła za Blanką,która już zdążyła zająć miejsce.
-Narzucać się? -powtórzyła jej słowa. - To twój facet! Powinien wiedzieć o tym co masz mu do zarzucenia! Blanka co się z tobą dzieje do cholery? Gdzie jest ta Blanka,która zawsze dobrze doradzi? Ta,która zawsze znajdzie rozwiązanie? Pełna pomysłów i chętna do życia? Zmieniłaś się. -ostatnie zdanie wypowiedziała pretensjonalnym tonem.
-Najwidoczniej to wszystko mnie przerosło. -powiedziała Niemka w czasie gdy właśnie kelnerka podeszła.
-Dla pań to co zawsze? -zapytała pogodnie.
-Tak proszę. -brunetka odpowiedziała od razu,żeby jak najszybciej zbyć kobietę. Gdy tylko odeszła kontynuowała. - Blanka przejrzyj na oczy. Albo cię walnę.
-Bij. - Blanka nadstawiła twarz,a Polka bez zastanowienia sprezentowałam jej liścia w policzek. Przyjaciółka krzywiła się i złapała się za policzek. -Bolało. -dodała cicho.
-Bo miało. -powiedziała. Swoją drogą jeśli ktoś je obserwował z boku mogło to bardzo dziwnie wyglądać. -Kto jest kobietą w waszym związku? 
-Głupie pytanie. -blondynka zaśmiała się.
-Odpowiadaj. -rozkazała.
-No ja. -przewróciła oczami ta druga.
-No właśnie! Jesteś kobietą więc powinnaś pokazać mu co i jak.
-Ale Rozalia...- Blanka zaczęła swój monolog,lecz Rozalia jej przerwała.
-Obiecujesz,że z nim pogadasz? 
-Ech,obiecuję. -westchnęła.
-No. -powiedziała usatysfakcjonowana. - Teraz proszę o uśmiech. -dodała na co Blanka wymusiła krzywy uśmiech.


Rozalia próbowała przywrócić u niej wiarę w siebie. Czy jej się to udało? Poniekąd. Zrozumiała,że od problemów nie ucieknie,a gdy będzie starała się ich nie zauważać to z czasem będą ją  coraz bardziej przytłaczać. Chodząc po galerii handlowej leciało im dużo czasu. Z godziny 16 zrobiła się 18. Odwiozła przyjaciółkę pod dom,a sama skierowała się do swojego. Jadąc obmyślała jakich słów użyć aby nie wyjść na zrzędę czy coś w tym rodzaju. 
Wchodząc do domu zobaczyła,że światła są wszędzie oświecone. Chodziła od kuchni po jadalnię,salon i je gasiła. Skierowała się do sypialni. Już w progu powiedziała :
-Andreas musimy porozmawiać. -załamała ręce. Andreas spał w ubraniach z laptopem na kolanach. Na laptopie stała miska z suchymi płatkami owsianymi,którymi było nakruszone na prześcieradle.
Położyła torebkę na toaletce i delikatnie podniosła laptopa i miskę odkładając je na pobliską komodę. Wszystko robiła tak aby go nie obudzić. Mimo starań po chwili Andreas otworzył oczy.
-Gdzie byłaś? Martwiłem się. -powiedział przeciągając się.
-Byłam z Rozalią na zakupach. Dzwoniłam żeby cię o tym poinformować,ale nie miałeś czasu.
-Faktycznie było coś takiego. -podrapał się po czuprynie.
-O której wróciłeś? - zapytała siadając w nogach leżącego Wellingera.
-Jakieś pół godziny temu. -powiedział spoglądając na zegarek.
-Tak późno? -zapytała zdziwiona. -Miałeś być już po 16...
-No tak,ale Richard zadzwonił i zapytał czy nie mamy ochoty wyskoczyć z nim i Severinem na piwo. To poszliśmy z nimi. 
-Jeszcze pewnie wracałeś autem? -zapytała z ironią.
-Spokojnie aż taki odważny nie jestem. W tym rzecz,że będę musiał jutro odebrać to auto spod pubu. Pojedziesz ze mną?
-Tak,jasne. -uśmiechnęła się sztucznie.
-No,to ja idę się myć. Jak chcesz to możesz ogarnąć do łóżko. -wstając poklepał ją po plecach jak dobrego przyjaciela. 
Otworzyła usta aby coś powiedzieć,ale łzy stanęły jej w gardle i nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. 
Stchórzyła i nawet nie próbowała z nim porozmawiać o tym co jej leży na sercu. Zrzuciła z łóżka na podłogę wszystkie poduszki oraz kołdrę. Wyciągnęła z szafy czyste poszewki,a gdy tylko usłyszała szum wody z łazienki rozpłakała się na dobre. Usiadła w miejscu gdzie było najwięcej okruchów. Nawet ich nie zauważyła. Przez głowę przechodziło jej tysiące myśli. Przypomniało jej się dzisiejsze spotkanie z Rozalią. Dalej czuła jej kościstą dłoń na swoim policzku. Miała się ogarnąć,a ja jeszcze bardziej wariuje. Sięgnęła po swój telefon i napisała do przyjaciółki :

Do Rozalia :
Ja nie potrafię z nim rozmawiać. On zachowuje się w stosunku do mnie jak do kolegi,a nie do kogoś na kim mu zależy...

Zaraz otrzymała odpowiedź :

Od Rozalia :
Dramatyzujesz. Jestem pewna,że siedzisz i ryczysz. Weź się w garść. Bądź tą starą,niekiedy wredną Blanu. Przekonasz się,że poskutkuje.

Patrzyła dłużej na tę wiadomość i dalej chlipała pod nosem. Rozmyślała tak intensywnie,że nawet nie zauważyła jak Andreas z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa wszedł po pokoju.
Wzięła jakąś koszulę jaką miała pod ręką i wytarła zapłakane oczy. Tusz został na białej tkaninie. Jej uwadze nie umknęło to,że Andreas stoi nad nią i się przygląda. Podniosła głowę i napotkała ten zdziwiony wzrok. Nie współczujący,nie kochający,ale wzrok którym tak samo mógł spojrzeć na biedną kobietę,żebrzącą pod murami starego kościoła. 
-Właśnie pobrudziłaś najnowszą koszulkę od sponsora. W czym ja teraz pójdę na konferencję?...Chwila,ty płaczesz? -momentalnie zmienił ton.
-Spokojnie zaraz ci ją wypiorę. Po tuszu nie będzie śladu. -powiedziała i wstała.
-Poczekaj. -złapał ją za dłoń i przyciągnął do siebie. -Co się dzieje? 
-Teraz zauważyłeś,że coś się dzieje? -powiedziała śmielej. -Uważasz,że na codzień jest okej? 
-To znaczy...-zaczął,ale uciął.
-Tak myślałam. Ty po prostu nie zwracasz na to uwagi. Zwracasz się do mnie jak do kolegi. Nawet klepanie po plecach ci się zachowało. Nie wracasz z treningów od razu do domu. Ja nic nie mam do twoich spotkań z przyjaciółmi,ale tak poinformować mnie byś mógł. Jakichkolwiek uczuć pomiędzy nami nie ma. Rutyna nas zabija. Nie możliwe,że nie możemy tego zmienić. Kiedyś potrafiliśmy żyć inaczej. 
-Blanka ja...Przepraszam. Myślałem,że ci to nie przeszkadza.
-Andreas zauważ,że jesteś egoistą.
-Znowu będziesz mi coś wytykać.
-Masz racje. Już się zamykam. Idę sobie popłakać i poprzeżywać gdzieś indziej. 
-Chwila, nie chciałem tak. -znów złapał ją za dłoń.
-Nie? A jak chciałeś? Patrzysz tylko na siebie,na to jak ty się czujesz,na to czego ty chcesz. Wiesz,że zazwyczaj jak człowiek decyduje się na związek to nie myśli już tylko o sobie. Wtedy ma jeszcze tą drugą osobę na którą też niekiedy powinien zwracać uwagę. Zauważ to co ja robię dla ciebie,a co ty robisz dla mnie. A mamusia mi kiedyś mówiła "Nie wiąż się z nikim,po ślubie nie jest już tak kolorowo". A ja mamusi nie posłuchałam. 
-Ty sugerujesz,że już chcesz się rozejść? -zapytał wyraźnie przestraszony.
Zastanowiła się dłużej nad odpowiedzią. Oczywiście,że nie chce. On jest jaki jest,ale przecież ona nie potrafi bez niego żyć. Nie mogłaby popełnić takiej głupoty i rozejść się z nim kilka miesięcy po ślubie dla satysfakcji. Była pewna,że on wtedy znalazł by kogoś szybko,a ona pocięłaby się z zazdrości. 
-Oczywiście,że nie.
-Przecież ja cię kocham.
-Coś ciężko ci to przechodzi przez gardło. -kolejna łza zleciała po jej policzku.
-No co ty. Przecież to jasne,że cię kocham. 
- Możesz to jakoś udowodnić? -na te słowa on teatralnie wywrócił oczami.
- Mogę się nawet zmienić. Dla ciebie. -powiedział,a ona spojrzała na niego podejrzliwie. - Słowo.
- To ja może pójdę uprać ci tą bluzkę? -zaśmiała się,a łzy zaczęły zlatywać po jej twarzy. Tym razem to były łzy szczęścia.
-Wariatka. -powiedział i zamknął ją w szczelnym uścisku -Kocham Cię. 
Oczywiście,że uwierzyła. Gorąco wierzyła,że on nie kłamie. Teraz tylko chciała żeby dotrzymał słowa. Chciała żeby się zmienił,żeby zaczął jej pomagać w domu i żeby znaleźli dla siebie trochę czasu. Ona może odwołać spotkanie z Rozalią,a on jakiś wypad ze znajomymi do pubu. Niby oboje stracą,a jednak ile mogą dzięki temu zyskać? Byleby dotrzymał słowa. Czas pokaże....


***                                                        
Cześć! Jestem z kolejną częścią i jak zwykle czekam na Wasze opinie! :)
Dziękuje za tak ciepłe przyjęcie tego opowiadania :*
Buka :**
~Gabi

wtorek, 19 kwietnia 2016

Część pierwsza,czyli o tym,że wina leży zawsze po obu stronach

"Dziwne, myślałam ze Cie dobrze znam 
myliłam się kolejny raz,
jestem jak anioł, ktory z nieba spadł 
to cała ja.
Dziwne, myslałam ze Ty to cały mój swiat 
myliłam się kolejny raz,
odszedłes jak anioł, który skrzydła mi skradł."


Siedzi na ławce w parku i przysłuchuje się zabawie dzieci. Przygląda się każdemu z osobna i widzi jaka radość i energia rozpiera te małe istoty...
Tak naprawdę to siedzi tam bo wyszła zdenerwowana z domu i sama nie wiedziała gdzie ma się podziać. Gdyby pojechała znów do rodziny zaczęły by się podejrzenia,że coś w jej życiu jest nie tak. Nie chciała żeby rodzice się tym interesowali...Nie chciała żeby o tym w ogóle wiedzieli. Po co mieli nastawiać się przeciw jej partnerowi. Nie potrzebnie stworzyła by zamieszanie. 
Tak naprawdę patrzyła na te dzieci tylko dlatego,że były okropnie głośne i zakłócały jej myśli. Wstała z ławki i szukała wzrokiem jakiegoś cichego,zacienionego miejsca. Z racji,że takiego nie ma w parku w tym małym miasteczku postanowiła wybrać na na dłuższą wycieczkę pieszo.

Blanka Angerer,którą jeszcze niedawno była,miała 21 lat. Dalej w większości przypadków posługiwała się nazwiskiem panieńskim. Pomimo tego wieku dalej wyglądała jak licealistka. Czasami miała ochotę wyrzucić z domu wszystkie lustra,ponieważ gdy w nie spoglądała widziała dziewczynę - nie kobietę. 
Była chuda,może nie jakoś strasznie,ale wiele osób mówiło jej,że gdyby wiatr mógłby ją zwiać z powierzchni ziemi. Wiele razy chciała choć trochę utyć,ale nigdy nie widziała u siebie choć
centymetra więcej w biodrach.
Szła poboczem ulicy w to ciepłe wrześniowe popołudnie. Sama nie do końca wiedziała dlaczego idzie akurat tam,ale wewnątrz czuła,że to miejsce ją uspokoi,pomoże przemyśleć pewne sprawy. 
Po dłuższej przechadzce wreszcie stanęła pod kompleksem skoczni w Ruhpolding. Skocznie ostatnio przeszły renowacje,zatrudniono nowych trenerów i zaczęto tworzyć więcej grup treningowych dla dzieciaków. 
Pozwoliła sobie przekroczyć próg wejścia na oficjalny teren skoczni. Z powodu braku profesjonalnych trybun stanęła przy jednej z bramek i wzrok utkwiła w małych punkcikach,które biegały w okolicach najmniejszej skoczni. To chyba oznacza,że najmłodsi dzisiaj oddadzą swoje pierwsze skoki na igielicie. 
Wróciła myślami do tego co wydarzyło się kilka godzin temu. Znowu się posprzeczała z partnerem. Wytknęła mu kilka rzeczy,które on zaniedbuje. On wytknął jej,że ona mu za dużo wytyka. Ona się zdenerwowała,podniosła głos i zaczęła szukać dziury w całym. On wyzwał ją jakimś niezbyt miłym epitetem,a ona nie wytrzymała i wyszła trzaskając drzwiami. Źle się dzieje. Byli parą - wzorem do naśladowania. Po ich ślubie nadmiar obowiązków ich zamęczył i zniszczył ten ideał. Próba zmiany
stylu życia im nie wyszła. Ona chciała być przykładna żoną i prawdziwą odpowiedzialną kobietą.
Czy TAKA wariatka może posiadać TAKIE cechy? Śmiech na sali. 
Chyba ona zawiniła...Ale przecież tylko trochę.
Zresztą on też się zmienił. Stał się bardziej leniwy,zaczął zaniedbywać obowiązki...zaczął zaniedbywać ją...
No przecież mógłby raz w tygodniu umyć i wypastować podłogę gdy ona zmęczona całym tygodniem sprzątania go to o prosi. Lub ten jeden raz w miesiącu jej posłuchać i pojechać z jej autem do myjni. Raz zrobić jej kolację,albo chociaż przynieść jej ten cholerny jogurt z lodówki, gdy ona padnięta całym dniem załatwiania spraw jako jego menadżer leży jak trup na kanapie w salonie i nie ma siły żeby podnieść nawet palec wskazujący od dłoni. 
                                                             A może środkowy?
Oho! Wina leży po obu stronach. 
No to może teraz wróci do domu? Gdzie tam. Po co? Jak wróci to on zapewne dalej będzie naburmuszony jak dziewczynka z podstawówki oglądał telewizję,albo już pojechał do swojej drugiej matki Marinusa - się poskarżyć. 
Chciała kiedyś wsadzić Krausa do butelki ,zatkać porządnie korek i wyrzucić na środku oceanu.
Może kiedyś by go ktoś znalazł i się nim zaopiekował.  
                                       Ewentualnie ktoś by go zjadł. Bóg wie gdzie by tą butelką dopłynął. Gnida.
Z zamyślenia wyrwał ją dziewczęcy głosik.
-Dzień dobry. -spojrzała na blondwłosą dziewczynkę,która nie wiadomo dlaczego znalazła się koło niej.
-Hej. -odparła pogodnie przykucając.
-Ja panią znam. -powiedziała pokazując rząd mlecznych ząbków. Blanka zaniemówiła. Wcale nie dlatego,że dziecko powiedziało jej,że ją rozpoznaje,ale dlatego,że w tej małej blondyneczce zobaczyła siebie z przeszłości. Jedyne czym się tak naprawdę różniły to to,że dziewczynka miała na sobie kombinezon narciarski,a swoimi drobnymi rączkami ściskała pasek od kasku. Tak,Blanka mimo swojego fachu nigdy nie miała okazji skakać na nartach. Często myślała,że w wiedzą którą posiada mogłaby spokojnie usiąść na belce i oddać skok. Oj nie,nigdy tego nie spróbuje.
-Naprawdę? -zapytała dziewczynkę i nadal podziwiała to jak bardzo była do niej podobna.
-Tak,pani jest żoną tego ładnego skoczka. W przyszłości będę taka jak pani. 
-"Nie wątpię." -pomyślała Blanka. 
-Miło to słyszeć. 
-Mogę pani autograf? -zapytała wyciągając ku trenerce rączkę z markerem.
-Oczywiście. Gdzie mam ci się podpisać? -Blanka była zdziwiona,że ktoś ją o to poprosił. Zobaczyła lekki niepokój na twarzy dziewczynki gdy ta spostrzegła,że nie ma ze sobą żadnej karteczki.
-Tutaj. -odpowiedziała wreszcie podawając Blance swój kask.
Ta starsza szybkim ruchem podpisała się na białym kasku.
-Proszę. -Blanka oddała dziewczynce kask wraz z markerem.
-Czy może pani...-zaczęła mowić dziewczynka lecz donośny męski głos jej przerwał.
-Lea! Gdzie ty się podziewasz? 
-Przepraszam trenerze. Wracając z toalety zobaczyłam tą panią i chciałam prosić o podpis. -powiedziała zadowolona Lea.
Blanka odwróciła głowę i dostrzegła młodego mężczyznę,który najwidoczniej trenował tę najmłodszą grupę.
-O witam. Jak miło zobaczyć taką osobę w naszym ośrodku. -powiedział. - Martin. -podał jej dłoń.

-Blanka, dzień dobry. -powiedziała zmieszana. Naprawdę przyszła tu przemyśleć pare spraw,a nie wdawać się w pogawędkę z innymi trenerami. Nie pomijając faktu,że rozmowa z dziewczynką sprawiła jej nie małą radość. -No,Lea wracaj na trening. -powiedziała Blanka i lekko poklepała dziewczynkę po ramieniu.
-Do widzenia! -krzyknęła radośnie dziewczynka biegnąc w stronę swoich rówieśników.

Wyciągnęła telefon z kieszeni i zobaczyła dziesięć wiadomości i pięć nieodebranych połączeń. Wszystkie od Andreasa. Spoglądając na górną część ekranu zdała sonie sprawę,że poza domem spędziła grubo ponad trzy godziny. Kliknęłam w zakładkę "Wiadomości".

Od Andreas :
Obierz.

Od Andreas :
Gdzie jesteś?

Od Andreas :
Mam cię szukać?

Od Andreas :
To dziecinne.

Od Andreas :
Do domu.

Od Andreas :
Będę się obrażał.

Od Andreas :
Zaczynam się martwić.

Od Andreas :
Zaczynam pisać twój nekrolog.

Od Andreas :
Teraz naprawdę się martwię.

Może nie powinna,ale w tej chwili się uśmiechnęła. Cieszyła się,że może jednak ich stosunek do siebie nie zmienił się aż tak bardzo. Jeśli się martwi to znaczy,że mu zależy. Niestety ten stan poniekąd uciechy nie trwał długo,bo wtedy przeczytała ostatnią wiadomość .

Od Andreas :
Chciałem żebyś już wróciła bo nie wzięłaś kluczy od domu,a ja umówiłem się z Marinusem na mecz. Trudno. Klucze zostawiam pod wycieraczką. Wrócę poźno...Może nad ranem. W najgorszym wypadku po śniadaniu. Zrobiłem lazanię,pojemnik zostawiłem koło zlewu.

                                           Przynamniej zrobił jedzenie...

Nie dość,że słowo "Marinus" musiało po raz kolejny tego dnia ją zirytować to jeszcze całe to martwienia było po to,żeby jej zmiękło serce i nie reagowała ze złością na wiadomość o wypadzie na mecz. 
Ostatnia wiadomość została wysłana trzy minuty temu. Może zdąży dobiec do domu i jeszcze mu nawrzucać.
Nie,tego już za wiele. Wróci spokojnym spacerkiem do domu,weźmie ciepły prysznic,przebierze się w wygodne dresy,zrobi sobie wysokokaloryczny,maślany popcorn,usiądzie przed telewizorem i obejrzy dwie części Bridget Jones. Trochę się pośmieje,trochę popłacze. Może uśnie? Oby.

Zamknęła za sobą drzwi na dwa spusty. Trudno jeśli Andreas wróci "nastrzelany" to najwyżej do domu nie wejdzie. Od razu wparowała do kuchni aby dojrzeć w jakim stanie ma się lazania. Włączyła światło i po chwili miała ochotę wybuchnąć płaczem. Zastała pojemnik przy zlewie,o którym pisał Andreas. Lecz pojemnik ten był pusty i brudny. Jednym słowem napisał o tym pojemniku tylko dlatego żeby ona go umyła. Guzik. Jak wróci to nawet nakacowany będzie go szorował. 
Potem już tylko zgasiła światło i zdenerwowana zajęła się tym co zaplanowała sobie na dzisiejszy wieczór.



Witam! Przychodzę wreszcie z jedynką :)
Na wstępie chcę przeprosić,że nie komentowałam wszystkich nowości jakie pojawiały się u Was,ale najpierw przeszłam długo planowaną operację,a potem w czasie po operacyjnym nawet nie czytałam bo tak mnie wszystko bolało,że chciałam tylko spać. Mam nadzieje,że wybaczycie.
Dziekuje za wszystkie komentarze pod prologiem :*
A jak Wam się podoba część pierwsza? :) 
Czekam na Wasze opinie ;)
Buźka :**
~Gabi


czwartek, 31 marca 2016

Początek

"Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości."

Nazywam się Blanka,mam 21 lat. Metr siedemdziesiąt pięć wzrostu,blondynka,niebieskie oczy. Nos prosiaczka,głowa rozmiar - za duży. Nogi długości belki startowej, szerokości -wystarczającej. Rozmiar buta -to bez sensu...Niezdecydowana,zwariowana,wesoła,krzykliwa,łatwo mnie wyprowadzić z równowagi,w najmniej odpowiednim momencie nie wiem co powiedzieć...

                     <><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Nasza karoca podjechała właśnie do jakiejś wsi. Już wiedziałam co siostra dla mnie przygotowała. 
Organizacją sali weselnej zajmowała się właśnie Laura. Z tego co właśnie zauważyłam wywnioskowałam,że ową salą będzie restauracja w pięknym zamku. Co prawda to nie zamek z kilkoma wieżami i wielkimi murami obronnymi,ale odnowiona budowla położona na środku niewielkiego jeziorka. Widziałam to miejsce tylko na internecie,ale nawet tam dało się poczuć piękno krajobrazu z tarasu widokowego.  
Mój mąż wysiadł przede mną i podał mi rękę. Kątem oka widziałam coraz więcej nadjeżdżających samochodów. 
Góra prezentów rosła z każdym gościem. Impreza,przyjęcie? Nie wiem jak powinnam to nazwać. Dzień? Dzień nazwę najpiękniejszym w moim życiu. 
                                                  Dzień się jeszcze nie skończył...
Siedząc na swoim miejscu przy stole obserwuję zgromadzonych gości. Są najważniejsze osoby bez których by nas tu nie było -rodzice, nasze rodzeństwa i ich potomstwo,przyjaciele...
Moja przyjaciółka Rozalia,której tak wiele zawdzięczam. Gdyby nie ona prawdopodobnie nigdy nie miałabym powodu aby zdenerwować się na pewnego blondyna,który od kilku godzin jest moim mężem.
Brzmi jak koniec,ale to dopiero początek.

Większość z nas napewno ogląda różne filmy romantyczne. Wiele z nas napewno nie raz wzdycha na widok zakochanych par w tych filmach. Niektóre z nas rozpaczają,że ich życie nie jest tak piękne. Zawsze możemy to zmienić. Wcale nie musi być tak jak jest. Życie jest pełne niespodzianek. Pełne szczęścia. Tylko to szczęście trzeba znaleść. Niestety,ale nic nie przyjdzie do nas samo. Wiecie...Jeśli nie ma w nas miłości to sercu czegoś brak...



Jestem!
Narazie tylko z prologiem i nie zanosi się abym zaczęła zjawiać się teraz regularnie z rozdziałami. 
Będę starała się tu szybko powrócić :)
Ja wiem,że to u góry to może nie mistrzostwo świata,ale początki mi nigdy nie wychodzą. 
Proszę Was choć o mały komentarz żebym wiedziała,że ktoś tu jest i ktoś bedzie to czytać :) 
Buźka :**
~Gabi